• Sandra :)

Fobia społeczna

Po przez pisanie tego bloga chciałabym udowodnić, że pomimo różnych fobii i nadmiernego stresu można prowadzić szczęśliwe i pełne wigoru życie. Można wyleczyć swoje nerwy. Nie jesteśmy idealni ani perfekcyjni. Mamy wiele wad, ale to nie powód, dla którego nie mielibyśmy być szczęśliwymi ludźmi. Każdy zasługuje na szczęście i uśmiech.

Od dziecka czułam, że jestem inna niż większość otaczających mnie ludzi. Miałam w sobie barierę nie do przebicia. Czułam ogromny lęk przed interakcją z drugim człowiekiem. Bałam się pójść sama do sklepu, czy udzielać się w większym gronie przyjaciół. Bałam się rozmawiać z ludźmi. Czułam nieuzasadniony lęk przed życiem społecznym. Od zawsze byłam nieśmiała, a przynajmniej tak o sobie myślałam, inni też tak myśleli. Nienawidziłam chodzić do szkoły. Był to dla mnie koszmar. Ogrom ludzi, wymagania szkolne, ocenianie. Moim schronem był dom, ramiona rodziców i mój pokój.

Kochałam książki. Świat książek pochłaniał mnie na całe dnie. Leżałam na łóżku i czytałam całymi godzinami zagłębiając się w historie bohaterów. Byłam bezpieczna z literaturą w ręku. Czułam spokój. Potrafiłam spędzić cały weekend na czytaniu książek. Lubiłam zaciszne miejsca. Uwielbiałam naturę.

Zawsze kochałam zwierzęta. Przy nich czułam przypływ radości i ciepła. Osobiście mam białego psa i czarnego kota, które szczerze uwielbiam. Dają mi bezgraniczną miłość. Gdy jestem chora, gdy płaczę, gdy nie mam makijażu albo wielkiego pryszcza na środku czoła. Dla nich liczy się tylko, żebym była i je kochała.

Pomimo mojego wycofania społecznego, byłam bardzo energiczną dziewczyną. Wszędzie mnie było pełno. Miałam nieskończone zapasy energii. Nie bałam się kaskaderskich czynności, nie bałam się niczego oprócz ludzi. To ludzie mnie przerażali. Czy miałam jakiś konkretny powód do takich zachowań społecznych? No właśnie nie. Wszystko było w porządku. Nie miałam żadnych traum czy drastycznych przeżyć. Rodzice mnie kochali. Nikt mnie nie bił ani nie krzyczał na mnie. Miałam brata. Reszta rodziny też zawsze mnie wspierała. Rodzice zapewniali mi wszystko co potrzebowałam by mieć szczęśliwe i wartościowe dzieciństwo. Jeździliśmy na wakacje. Nie mieliśmy dużo pieniędzy, ale byliśmy szczęśliwi. Byłam cały czas wesoła i uśmiechnięta. Uwielbiałam przygody.

Fobia społeczna to nie depresja. Trzeba o tym pamiętać.

Bardzo często dorośli ani rówieśnicy nie zauważają większego problemu w zachowaniu dziecka. Mówią, że to stres szkolny, że wyrośnie z tego, że się uodporni z czasem. Ludzie doszukują się rozmaitych chorób, braku witamin czy cukrzycy. Nikt nie pomyśli, że problemem może być układ nerwowy.

W moim przypadku również na początku nie było to takie oczywiste. Jako dziecko nie miałam żadnych niepokojących objawów po za unikaniem życia społecznego. Byłam w bardzo dużym stopniu zamknięta w sobie, jednak wszyscy myśleli, że to minie. No więc jak się pewnie domyślacie, nie minęło. Nie pozbyłam się lęku w sobie. On cały czas ze mną był. Na każdym sprawdzianie pociły mi się ręce. Gdy miałam iść do odpowiedzi, albo iść cokolwiek załatwić po za szkołą to oblewałam się potem i miałam wrażenie, że się duszę.

Najważniejszy krok to uświadomić sobie problem, nie wypierać go. Trzeba go zaakceptować i pomóc samemu sobie.

Z wiekiem nauczyłam się lepiej żyć z moim lękiem. Uśpiłam go w moim ciele. Stałam się śmielsza. Zaczęłam normalnie funkcjonować. Byłam uważana po prostu za nieśmiałą dziewczynę. (O moim charakterze i życiu napiszę w kolejnym poście.) Wydawać by się mogło, że już będzie dobrze, że poprzedni stan już nie wróci. Nic bardziej mylnego. Mimo, że byłam w stanie normalnie żyć, rozwijać się i uczyć, to w środku sobie nie czułam spokoju. Czułam takie dziwne napięcie, niewyjaśnione obawy, jakiś lęk. Zazwyczaj nie był on zbyt wyraźny. Ignorowałam to uczucie. Skupiałam się na życiu codziennym. Zapełniałam czas nauką, zajęciami dodatkowymi poza szkołą czy słuchaniem muzyki. Nie zostawiałam sobie momentów dla siebie w dniu. Bałam się, że strach powróci, gdy zostanę sama z moimi myślami. Jednak w trudniejszych czy bardziej stresujących dla mnie sytuacjach coś we mnie pękało. Czułam się jak w stanie przedzawałowym, mimo, że wszystko było ze mną w porządku. Brakowało mi oddechu. Czułam się jakbym się dusiła. Całe moje ciało się trzęsło. Myślałam, że to już koniec, że zejdę z tego świata. Zimny pot oblewał całe moje ciało, ale jednocześnie czułam, że w środku się gotuję. Miałam mocne zawroty głowy. Chciało mi się płakać, ale nie byłam w stanie uronić ani jednej łzy. Jest to tak zwany atak paniki. Brałam mocne leki na uspokojenie.

Leki.

No właśnie leki uspakajające były moją jedyną deską ratunku. Brałam je przed każdym sprawdzianem, a nawet często przed zwykłym pójściem do szkoły. Zdarzały się dni, kiedy spóźniałam się do szkoły, bo dostałam biegunki przed samym wyjściem z domu.

Przez długi okres czasu, kiedy uczęszczałam do liceum, miałam problemy z jelitami. Bolał mnie brzuch i miałam mdłości. Chodziłam z tym do wielu lekarzy. Wszystkie wyniki wychodziły dobrze, prawidłowo. Byłam zdrowa jak ryba. Ale dolegliwości nie minęły. Im byłam starsza tym częściej unikałam szkoły. Opuszczałam zajęcia. Zaszywałam się w domu i płakałam. Dopiero po wielu latach zauważyłam połączenie moich problemów ze stresem.

Już w gimnazjum zaczęłam mieć dolegliwości bólu kręgosłupa. Całego. Od części szyjnej po lędźwie. Powodował to nieustanny stres, ciągłe napięcie. Wracałam do domu zmęczona, najbardziej psychicznie. Czułam ból na całym ciele spowodowany spięciem mięśni. Dzień w dzień czułam ból głowy. Bardzo utrudniało mi to funkcjonowanie i uczenie się. Po szkole kładłam się do łóżka.

Gdy poszłam do liceum zaczęłam mieć mocne problemy z odcinkiem szyjnym kręgosłupa. Ból w szyi uniemożliwiał mi chodzenie do szkoły, nie byłam w stanie usiedzieć w ławce, gdyż ból był tak mocny. Faszerowałam się mocnymi lekami przeciwbólowymi. Po rentgenie okazało się, że mój odcinek szyjny kręgosłupa jest delikatnie za mało wygięty niż powinien. Jednak lekarze mówili, że gdyby nie napięcie i stres to prawdopodobnie nigdy to by się nie ujawniło. Przez długi czas chodziłam na rehabilitacje i masaże. Moje mięśnie wokół kręgosłupa były twarde jak kamień.

Po pierwszym roku liceum zmieniłam szkołę, gdyż w tamtej sobie nie radziłam psychicznie. Stres mnie po prostu zjadał od środka. (O tym liceum również napiszę w innym poście) Zaczęłam powoli popadać w stany depresyjne. Przytłaczało mnie to wszystko.

Po uzyskaniu 18 roku życia zaczęłam chodzić na imprezy. Z paczką znajomych robiliśmy wypady do klubu nocnego na całą noc. Kochałam taniec i głośną muzykę. To uciszało moje emocje. Muzyka je zagłuszała. W tym czasie zaczęłam również pić dużo alkoholu i palić papierosy. Upijałam się na tyle mocno, że nie wiedziałam, gdzie jestem i co robię, dosłownie urywała mi się pamięć. Znajomi trzymali mnie z każdej strony, gdyż nie byłam w stanie ustać na własnych nogach. Alkohol dawał mi spokój i odprężenie. Uwielbiałam to uczucie. Zdarzało się, że piłam sama w pokoju siedząc przed lustrem. Kochałam imprezy po alkoholu. Byłam wtedy wyluzowana, a przynajmniej tak się czułam. W sumie to czułam raczej nie wiele w po takiej ilości drinków. Byłam wolna od emocji, wolna od napięcia i od moich myśli. Nie czułam nic. Po alkoholu nawiązywanie nowych kontaktów szło łatwo i swobodnie.

W tamtych momentach chowałam swój lęk głęboko w sobie. Zostawał zagłuszany przez używki i muzykę. Uwalniał się następnego dnia niszcząc mi życie. Czasem byłam w stanie go kontrolować. Lecz czasem wcale mnie nie słuchał i przychodził w momencie, kiedy najgorszym z możliwych i niszczył mi plany.

Wtedy jeszcze nie wiedziałam czym jest ten niewidoczny stan mojego ciała i umysłu. Próbowałam go kontrolować. Ale nie da się kontrolować czegoś, jeśli nie wiesz czym to jest.

W swoim życiu doświadczyłam znaczną ilość ataków paniki. Przychodziły one niespodziewanie i trwały czasem 2 dni. Podczas ataków paniki nie byłam w stanie zrobić nic produktywnego. Nie wiedziałam, jak mam sobie z tym poradzić. Bałam się. Myślałam, że jestem psychiczna, że popadam w obsesję, że nic nie da się z tym zrobić.

Moi rówieśnicy nie widzieli tego. Starałam się to ukrywać. Ludzie opisywali mnie jako uśmiechniętą, bez żadnych problemów. Nie wiedzieli, że w środku się kruszę i trzęsę. W dzień grałam najszczęśliwszą osobę na Ziemi, a w nocy płakałam. Zawsze byłam bardzo emocjonalna. Przeżywałam wszystkie sytuacje na 1000%. Nie potrafiłam odpuścić, wyluzować.

Dopiero teraz, w wieku 21 lat, wzięłam pod uwagę podłoże nerwowe moich dolegliwości. Udałam się do psychiatry na rozmowę. Po wywiadzie dowiedziałam się, że mam fobię społeczną. Żyłam z nią przez prawie całe moje życie, nie wiedząc o tym. Dostałam odpowiednie leki oraz obowiązkową terapię. Fobia społeczna to choroba, którą można wyleczyć. Trzeba zgłosić się po pomoc do specjalisty.

Wrócę do tego tematu za jakiś czas. Wyjaśnię wtedy skąd bierze się fobia społeczna i na czym dokładnie polega leczenie jej. Dopiero zaczęłam leczenie. Jest to nowy dla mnie temat. Ale cieszę się, że jestem w tym miejscu w życiu. Jestem na dobrej drodze.

Niech życie stanie się przyjemnością, a nie tylko przetrwaniem.

Głowa do góry. Damy radę!

6 views0 comments

Recent Posts

See All